Chyba nie ma osoby, która nie kojarzy żenujących reklam preparatów na różne dolegliwości, które przeszkadzają nam w słuchaniu muzyki w radiu, filmu w telewizji, atakują banerami w przestrzeni publicznej czy zasłaniają artykuły w Internetach. Chcemy wierzyć, że magiczna tabletka uleczy nas ze wszystkich chorób, da nam piękne, szczupłe ciało i zdrowe, długie życie. Kochani, nie ma dróg na skróty. Niektóre suplementy są rzeczywiście pomocne i warto je brać, ale tym razem chcę skupić się na tych produktach, których kupowanie jest bez sensu. Oszczędzimy sobie czas i kieszeń.

Warto podkreślić, że suplementy diety nie są lekami, nie leczą chorób i w ogromnej części przypadków odpowiadają nie na realne potrzeby fizjologiczne organizmu, lecz na potrzeby marketingowe rynku. W przestrzeni publicznej funkcjonuje przekonanie, że „naturalne” (np. naturalny wyciąg z jakiejś bardzo egzotycznie brzmiącej rośliny) oznacza „bezpieczne”, a „suplement” oznacza „konieczne uzupełnienie”. To przekonanie jest nie tylko fałszywe, ale bywa wręcz szkodliwe.
Wymyślone choroby
Pewnie każdy z nas kojarzy słynny „zespół niespokojnych nóg”. Ktoś tam w korpo pownien dostać niezłą premię, bo to wręcz podręcznikowy przykład na to, jak łatwo można wykreować dolegliwość i sprzedawać na nią „lekarstwo”. Wiele preparatów bazuje na tworzeniu wrażenia powszechnego niedoboru lub zaburzenia, które w rzeczywistości nie jest jednostką chorobową albo występuje marginalnie. Klasycznym przykładem są suplementy „na zakwaszenie organizmu”. Organizm człowieka ma bardzo precyzyjnie regulowaną równowagę kwasowo-zasadową krwi, a rzeczywista kwasica lub zasadowica to stany ostre, wymagające hospitalizacji, a nie picia „alkalizujących” proszków. Dieta i suplementy nie są w stanie „zakwasić” ani „odkwasić” krwi u zdrowej osoby. Suplementy promowane w tym obszarze nie rozwiązują żadnego realnego problemu fizjologicznego. Mogą co najwyżej chwilowo wpłynąć na pH moczu, co bywa mylnie interpretowane jako „odkwaszanie organizmu”. Nie istnieją wiarygodne badania potwierdzające, że suplementacja w tym obszarze przynosi korzyści zdrowotne u osób bez chorób nerek lub płuc. Podobnie działają preparaty „na pasożyty” u osób bez potwierdzonej diagnostycznie parazytozy. Objawy takie jak zmęczenie, wzdęcia, mgła mózgowa czy trądzik są przypisywane rzekomemu „zarobaczeniu”, co pozwala sprzedawać mieszanki ziół o działaniu przeczyszczającym lub drażniącym przewód pokarmowy. Brakuje dowodów na skuteczność takich preparatów, a ich stosowanie często maskuje rzeczywiste przyczyny dolegliwości, np. zaburzenia osi jelito–mózg, insulinooporność czy niedobory wynikające z diety.
To nie zadziała
To, co jemy w postaci tabletek, nasz organizm nie wchłonie tak, jakbyśmy dostarczali to razem z jedzeniem. Suplementy często zawierają składniki o bardzo słabej biodostępności. To obszar, w którym marketing szczególnie brutalnie rozmija się z fizjologią. Wapń, magnez czy żelazo w tanich, nieorganicznych formach są wchłaniane w niewielkim stopniu, zwłaszcza u osób z zaburzeniami trawienia, niedokwasotą żołądka czy chorobami tarczycy. Konsument ma poczucie „robienia czegoś dla zdrowia”, podczas gdy realny efekt biologiczny jest znikomy. Dobrym przykładem jest tu kolagen w kapsułkach, reklamowany jako „odbudowujący stawy i skórę”. Nie ma tak dobrze. Kolagen podany doustnie nie trafia w niezmienionej formie ani do stawów ani skóry. Jest trawiony do aminokwasów i krótkich peptydów, które organizm wykorzystuje zgodnie z aktualnymi potrzebami metabolicznymi. Jeśli dieta dostarcza odpowiedniej ilości białka, suplementacja kolagenu nie wnosi nic jakościowo nowego. W tym sensie nie jest to suplement „szkodliwy”, ale jest zbędny i kosztowny. Część badań sugeruje niewielki wpływ hydrolizatu kolagenu na subiektywne odczucia ze strony stawów, ale efekt ten jest słaby i nieporównywalny z działaniem rehabilitacji, treningu siłowego czy redukcji masy ciała. W kontekście skóry kluczowe znaczenie mają ogólny stan odżywienia, gospodarka hormonalna i ekspozycja na promieniowanie UV, a nie kapsułki z kolagenem.
Wszystko znaczy nic
Rynek supli zalewają preparaty o bardzo szerokich obietnicach zdrowotnych. Hasła typu: „reguluje gospodarkę hormonalną”, „wspiera odporność”, „oczyszcza organizm”, „przywraca równowagę” są celowo nieprecyzyjne, ponieważ nie da się ich zweryfikować. Im mniej konkretne działanie, tym łatwiej przypisać suplementowi dowolny, subiektywnie odczuwany efekt. Z punktu widzenia psychodietetyki jest to klasyczny przykład efektu placebo wzmocnionego narracją marketingową. Podobnie jak wszelkie suplementy multiwitaminowe stosowane „na wszelki wypadek”. U osób odżywiających się względnie prawidłowo nie wykazano, aby rutynowa suplementacja multiwitamin poprawiała zdrowie, zmniejszała ryzyko chorób sercowo-naczyniowych czy nowotworów. Multiwitaminy często zawierają składniki w dawkach symbolicznych, o niskiej biodostępności, co daje jedynie iluzję „zabezpieczenia zdrowia”.
Detoks – ***toks
Na liście bezsensownych zakupów warto uwzględnić również suplementy „na detoks”. Organizm człowieka posiada własne, bardzo wydajne mechanizmy detoksykacyjne, zlokalizowane głównie w wątrobie, nerkach i jelitach. Nie istnieją suplementy, które „oczyszczają organizm z toksyn” w sensie biologicznym. Preparaty detoksykujące to zazwyczaj środki przeczyszczające, moczopędne lub zioła wpływające na perystaltykę jelit. Spadek masy ciała czy uczucie „lekkości” po ich stosowaniu wynika z utraty wody i treści jelitowej, a nie z usunięcia toksyn. Długotrwałe stosowanie takich preparatów może zaburzać gospodarkę elektrolitową i mikrobiotę jelitową.
Hormony to nie zabawa
Warto wspomnieć o pseudonaturalnych suplementach hormonalnych „roślinnych”, takich jak preparaty „regulujące estrogen”, „wspierające tarczycę” czy „normalizujące kortyzol”. Zawierają one najczęściej adaptogeny lub fitozwiązki o bardzo słabym i nie do końca przewidywalnym działaniu biologicznym. Zaburzenia hormonalne są złożonym problemem medycznym i nie mogą być skutecznie korygowane suplementami diety. Ich stosowanie często opóźnia właściwą diagnostykę i leczenie. Problemy z hormonami? Idź do endokrynologa!
Pozory mylą, a nadmiar szkodzi
Chcę zwrócić Waszą szczególną uwagę na suplementy, które – prawidłowo stosowane – mogą działać korzystnie, ale przez wielu są stosowane zupełnie przypadkowo – bez diagnostyki i kontekstu zdrowotnego danej osoby. Łykamy „bez opamiętania” różne witaminy, nie myśląc o tym, że nie tylko niedobór, ale i nadmiar szkodzi. I to często bardzo poważnie. Nawet „głupia” witamina C w nadmiarze może zafundować nam problemy zdrowotne (kamica nerkowa, zaburzenia gospodarki żelazowej). Przykładem takich szkodzących w nadmiarze suplementów jest właśnie żelazo, witamina B12 czy witamina D. Ich suplementacja bez potwierdzonego niedoboru może być nie tylko niepotrzebna, ale wręcz niekorzystna. Podobnie można ocenić suplementy wapnia stosowane bez wskazań medycznych. U osób z prawidłową podażą tego składnika w diecie suplementacja nie tylko nie poprawia zdrowia kości, a w niektórych badaniach wiązała się nawet ze zwiększonym ryzykiem incydentów sercowo-naczyniowych. Zdrowie układu kostnego zależy w dużo większym stopniu od aktywności fizycznej, podaży białka, witaminy D oraz równowagi hormonalnej niż od samego wapnia w tabletkach. Reasumując – suplementacja powinna być wspomaganiem indywidualnie dostosowanym do danej osoby, opartym na wynikach badań, stanie zdrowia i stylu życia, a nie na reklamie czy trendach z mediów społecznościowych. Ani na tym, co radzi sąsiadka, koleżanka czy teściowa.
Oczywiście problemem nie są suplementy same w sobie, lecz sposób, w jaki są sprzedawane i stosowane. Rynek suplementów żeruje na lęku, poczuciu braku kontroli nad zdrowiem oraz przekonaniu, że istnieje szybkie, kapsułkowe rozwiązanie złożonych problemów metabolicznych i psychicznych. Moją rolą jako psychodietetyka jest między innymi ochrona Was przed zbędnymi, nieskutecznymi i kosztownymi działaniami. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości – zachęcam do kontaktu.
