Jak dysfunkcyjni rodzice tworzą u dzieci problemy żywieniowe

Wiem, że sporo o tym piszę, ale wysłuchując historii moich pacjentów wyraźnie widzę, że wpływ wychowania na późniejsze zachowania żywieniowe dzieci jest tak wielki i długofalowy, że trzeba o tym dużo i głośno mówić. Problemy z jedzeniem bardzo rzadko zaczynają się od samego jedzenia. Zwykle biorą początek od pierwszych relacji. Od atmosfery domu rodzinnego. Od sposobu, w jaki dziecko było widziane, słyszane albo ignorowane lub źle rozumiane. Od tego, czy ktoś regulował jego emocje, czy raczej je zawstydzał bądź obarczał odpowiedzialnością za czyjeś stany emocjonalne. Czy ciało dziecka było szanowane, czy kontrolowane lub nadużywane. Czy jedzenie było pokarmem — czy narzędziem wpływu, nagrody, kary, pocieszenia albo zastępnikiem miłości.

W gabinetach psychodietetycznych niezwykle często okazuje się, że dorosły człowiek nie je dlatego, że jest głodny. Je dlatego, że jest samotny, przeciążony, odrzucony, napięty albo emocjonalnie opuszczony. A te mechanizmy nie pojawiają się znikąd. Nie postanawiamy nagle, że jest mi smutno, więc zjem całą tabliczkę czekolady i zagryzę chipsami. Te nawyki zwykle mają swoją historię. Historię dzieciństwa, w którym jedzenie przestało pełnić wyłącznie funkcję biologiczną i zaczęło regulować naszą psychikę.

Jednym z najbardziej destrukcyjnych wzorców jest rodzic emocjonalnie niedostępny. Taki, który zapewnia dziecku dach nad głową, ubrania, posiłki i edukację, ale nie daje emocjonalnej obecności. Ono w zamian ma być „grzeczne” i „nie przeszkadzać”. Jest obsługiwane, ale nie zaopiekowane. Rodzic pełni funkcję kucharki, sprzątaczki i guwernantki, ale nie rodzica. Dziecko dla takiej osoby jest wyłącznie ciałem, które trzeba nakarmić, umyć i ubrać. Wydaje jej się, że to już wszystko i nie ma niczego „pod spodem”, a okazywanie trudnych emocji rozpatrywane jest w kategoriach bycia „niegrzecznym”. Dziecko w takim domu bardzo wcześnie uczy się, że jego uczucia są niewygodne albo nieważne. Gdy płacze — słyszy, że przesadza. Gdy się boi — ma być silne. Gdy potrzebuje bliskości — otrzymuje jedzenie.

W wielu rodzinach jedzenie staje się substytutem relacji. Rodzic nie potrafi przytulić, ale potrafi nakarmić. Nie umie rozmawiać o emocjach, ale proponuje coś słodkiego. Nie reguluje napięcia psychicznego dziecka, tylko je zagłusza. Płaczesz? Chodź, dam ci lizaka. Nudzi ci się? Zjedz jeszcze ten deserek. Dostałaś piątkę? W nagrodę pójdziemy do Maka. W efekcie dziecko zaczyna utożsamiać jedzenie z bezpieczeństwem, uspokojeniem i miłością. W dorosłości taki człowiek często nie rozpoznaje własnych emocji, ale doskonale zna potrzebę „czegoś do jedzenia”. Jedzenie staje się automatycznym sposobem redukcji napięcia, ponieważ nigdy nie nauczono go innych metod samoregulacji.

Bardzo charakterystyczny jest także dom kontrolujący. Rodzic kontrolujący zwykle nie szanuje granic dziecka — również tych związanych z ciałem i jedzeniem. Decyduje, ile dziecko ma zjeść, kiedy ma być głodne, czego ma nie lubić i co „powinno” czuć. Ignorowane są naturalne sygnały sytości i głodu. Dziecko słyszy: „zjedz wszystko”, „nie odejdziesz od stołu”, „jak nie zjesz, mama będzie smutna”, „nie przesadzaj, przecież jesteś głodny”, „nie wyjdziesz z domu póki nie zjwsz do końca”. Taki rodzic nie rozumie, że dziecko jest odrębną istotą, a nie jego przedłużeniem, więc narzuca mu swoje koncepcje tego, jak ma się zachowywać, co mówić, co myśleć i – a jakże – co i ile jeść. Fiksacje rodzica kontrolującego na temat jedzenia są bardzo często obserwowane wśród pacjentów. Taka osoba potrafi cały dzień chodzić za dzieckiem i „wciskać” mu produkty spożywcze. Taki nieprzerwany festiwal przeżuwania, często bez żadnych większych przerw, od rana do nocy. To niestety skutkuje poważnymi konsekwencjami w dorosłym życiu takiego dziecka. Taka osoba przestaje ufać własnemu ciału. Nie uczy się odczytywania potrzeb organizmu, tylko podporządkowywania się zewnętrznej kontroli. W dorosłości często skutkuje to całkowitym rozregulowaniem relacji z jedzeniem. Taka osoba albo obsesyjnie kontroluje jedzenie, albo traci nad nim kontrolę. Często przechodzi między restrykcjami a kompulsywnym objadaniem się, ponieważ nigdy nie wykształciła stabilnego kontaktu z własnymi sygnałami fizjologicznymi.

Szczególnie trudne konsekwencje pozostawia rodzic narcystyczny. W takim domu dziecko bardzo często nie istnieje jako odrębna osoba, jako podmiot. Ma spełniać potrzeby emocjonalne rodzica, dobrze wyglądać, nie sprawiać problemów i budować wizerunek rodziny. Ciało dziecka staje się projektem. Jest oceniane, komentowane i kontrolowane. Wiele osób wychowanych przez narcystycznych rodziców słyszało regularnie uwagi dotyczące wyglądu, wagi, atrakcyjności albo jedzenia. W tej grupie znajdują się narcystyczni rodzice z obsesją na punkcie tuczenia swojego dziecka. Bo „grube dziecko to zdrowe dziecko”, bo „zanim gruby schudnie to chudego już pięć razy szlag trafi”, bo „widać, że nam się powodzi” i inne bzdurne stereotypy, na których tacy rodzice budują usprawiedliwienia swoich nieprawidłowych zachowań. Zachowań podyktowanych tym, że to oni chcą by dziecko wyglądało/zachowywało się w określony sposób. Nieważne, co obiektywnie dla dziecka jest dobre. Znam sytuację, w której matka świadomie tuczyła swoją córkę, by ta od niej nie odeszła. By nie miała koleżanek, chłopaka, nie wychodziła z domu i nie ułożyła sobie życia. Dziewczynka ta miała w późniejszym czasie z powodu swojej otyłości ogromne problemy z kolanami, z racji czego matka załatwiła jej grupę niepełnosprawności i wszystkim tłumaczyła, że otyłość to skutek niepełnosprawności, podczas gdy to w rzeczywistości była jej przyczyna. Dla dziecka narcystycznego rodzica ciało przestaje być miejscem życia, a zaczyna być przedmiotem oceny. Powstaje głęboki wstyd cielesny. Jedzenie przestaje być neutralne — staje się moralne. Są „dobre” i „złe” produkty, „grzeczne” i „niegrzeczne” jedzenie, „silna” i „słaba” kontrola. W dorosłości często rozwijają się zaburzenia odżywiania oparte na perfekcjonizmie, karaniu siebie i obsesyjnej kontroli ciała. Bardzo charakterystyczne jest także chroniczne poczucie, że „nigdy nie jest się wystarczającym”.

Istnieje również typ rodzica chaotycznego i nieprzewidywalnego emocjonalnie. Wiąże się to z głęboką niedojrzałością i często występuje razem z którymś z powyżej wymienionych zaburzeń rodzicielskich. Dziecko nigdy nie wie, czego się spodziewać. Raz spotyka się z czułością, innym razem w podobnej sytuacji z agresją, wycofaniem albo chłodem. Atmosfera domu jest napięta, niestabilna i niebezpieczna psychicznie. Jedna z moich pacjentek często w dzieciństwie słyszała od matki, że „zatruwa jej życie”, albo że „bóg ją nią pokarał” – często też w sytuacji, gdy nie chciała jeść oferowanego przez matkę posiłku. W takim środowisku organizm dziecka funkcjonuje w przewlekłym stresie. Jedzenie bardzo często staje się wtedy jedynym dostępnym źródłem ulgi. Nie wymaga proszenia, nie odrzuca, daje szybkie ukojenie neurobiologiczne. Słodycze, produkty wysokoprzetworzone czy kompulsywne podjadanie zaczynają pełnić funkcję regulacji układu nerwowego. W dorosłości takie osoby często mówią: „jedzenie mnie uspokaja”, „muszę coś przegryźć, kiedy się stresuję”, „nie umiem przestać”. To nie jest kwestia braku silnej woli. Bardzo często jest to utrwalony mechanizm przetrwania.

Ogromne szkody powoduje także rodzic zawstydzający. Szczególnie taki, który wyśmiewa emocje, wygląd albo potrzeby dziecka. Zawstydzanie działa destrukcyjnie, ponieważ nie odnosi się do zachowania, lecz do tożsamości. Dziecko nie słyszy: „zrobiłeś coś niewłaściwego”, ale „jesteś niewłaściwy”. Jeżeli zawstydzanie dotyczy jedzenia lub wyglądu, konsekwencje bywają wieloletnie. Komentarze typu „nikt cię nie pokocha, jeśli będziesz gruba”, „zobacz, jak wyglądasz”, „powinnaś mniej jeść”, „faceci nie lubią takich dziewczyn” zostają w psychice na dekady. Wiele dorosłych osób nadal słyszy w głowie głos rodzica podczas jedzenia. To prowadzi do chronicznego poczucia winy, nienawiści do własnego ciała i emocjonalnego jedzenia wynikającego z napięcia oraz samoodrzucenia.

Warto też mówić o rodzicach nadopiekuńczych. Nadopiekuńczość uważam za formę przemocy wobec dziecka. To często mniej oczywisty, ale bardzo ważny mechanizm. Nadopiekuńczość odbiera dziecku sprawczość i kontakt z własnymi potrzebami. Rodzic wyręcza, decyduje, kontroluje i stale chroni przed dyskomfortem. Dziecko nie uczy się tolerowania frustracji, odraczania gratyfikacji ani samoregulacji emocjonalnej. W dorosłości może to prowadzić do impulsywności w jedzeniu i trudności z wytrzymywaniem napięcia. Jedzenie staje się natychmiastową ulgą, ponieważ psychika nie rozwinęła zdolności do spokojnego przechodzenia przez dyskomfort emocjonalny.

Nie można też pomijać rodzin, w których panował chroniczny konflikt, przemoc albo uzależnienia. Dziecko żyjące w ciągłym napięciu bardzo często funkcjonuje w stanie permanentnej mobilizacji układu nerwowego. Organizm uczy się przetrwania, a nie zdrowej regulacji. Jedzenie może wtedy pełnić różne funkcje — uspokajającą, odcinającą emocje, dającą chwilowe poczucie kontroli albo pomagającą „zniknąć”. Niektóre dzieci zaczynają się objadać, by stworzyć wokół siebie symboliczną „warstwę ochronną”. Inne przeciwnie — ograniczają jedzenie, ponieważ kontrola ciała daje im jedyne poczucie wpływu na rzeczywistość.

Podsumowując, zaburzenia relacji z jedzeniem bardzo często nie są problemem dotyczącym jedzenia. Są historią relacyjną zapisaną w ciele. Są opowieścią o niezaspokojonych potrzebach emocjonalnych, o samotności, lęku, napięciu i braku bezpiecznej więzi. Człowiek nie rodzi się z potrzebą kompulsywnego jedzenia, karania swojego ciała czy obsesyjnej kontroli kalorii. Te mechanizmy zwykle powstają jako adaptacja do środowiska, w którym psychika dziecka nie miała wystarczającego bezpieczeństwa emocjonalnego. Właśnie dlatego skuteczna pomoc psychodietetyczna nie może ograniczać się wyłącznie do jadłospisu. Bo wiele osób nie potrzebuje kolejnej diety. Potrzebuje odzyskać kontakt ze swoim ciałem, emocjami i poczuciem bezpieczeństwa, którego kiedyś zabrakło.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry