Przedszkolak nie chce nic jeść – co robić?

Moja trzyletnia córka od września poszła do przedszkola. Spędza tam czas od godziny 8 rano do 14:30, podczas których podawane są trzy posiłki. Pani wychowawczyni zawołała mnie ostatnio i powiedziała, że córka nic w przedszkolu nie je – czasem ugryzie jakiś owoc i to wszystko. Problemy z karmieniem zauważamy też w domu – odkąd wróciłam do pracy, córeczką opiekowała się babcia. Podejrzewam, że podawane posiłki były słodkie w smaku i raczej nieregularne. Prawdopodobnie wyglądało to tak, że babcia, martwiąc się, że córka nie chce jeść „normalnego” śniadania ani obiadu, chodziła za nią i częstowała ją przekąskami – nawet nie, że niezdrowymi, ale cały dzień to był festiwal podjadania owoców, chrupeck kukurydzianych, białej bułki z miodem, biszkopcików czy serków typu Danio. Podejrzewam, że córka po prostu przyzwyczaiła się do słodkiego smaku i do tego, że jeśli odmówi jakiegoś dania to zaraz dostanie sto alternatywnych propozycji. Jak mogę „naprawić” taką wybiórczość pokarmową u córki? Jak nakłonić ją do spożywania „normalnych” posiłków?

OdWażna Kobieta, lat 39

Jakbym czytała o mojej własnej córce, gdy była w tym wieku. Niby coś tam się znałam na odżywianiu, a mimo tego czułam tak wielką bezsilność, gdy moja córka kręciła głową na wszystko, co się jej podało. Jak widzisz, Twoje pytanie dotyka bardzo częstego problemu. Zacznijmy jednak od jednej ważnej rzeczy: trzyletnie dziecko, które nie chce jeść wielu potraw, niekoniecznie ma „zepsute” nawyki żywieniowe, które trzeba naprawiać. Wybiórczość pokarmowa jest częsta w wieku przedszkolnym i niekoniecznie wynika z tego, że zrobiliśmy coś nie tak. Dziecko może przez pewien czas akceptować zaledwie kilka produktów, nagle zacząć odrzucać potrawy, które wcześniej jadło, niechętnie próbować nowych smaków, a w nowych sytuacjach jeść znacznie mniej niż w domu. Rozpoczęcie przedszkola jest ogromną zmianą: nowe miejsce, nowe osoby, hałas, określone godziny posiłków, jedzenie przy innych dzieciach i konieczność poradzenia sobie z posiłkiem bez dotychczasowego opiekuna. U części dzieci apetyt w takiej sytuacji rzeczywiście może wyraźnie spaść. Twoja córka nie przechodziła przez etap żłobka, więc nie jest jeszcze przyzwyczajona do korzystania z żywienia zbiorowego.

Opisany sposób karmienia przez babcię rzeczywiście mógł tę wybiórczość podtrzymywać. Owoce, bułka z miodem czy serek same w sobie nie są złymi produktami. Problemem może być tu przede wszystkim sposób organizacji jedzenia. Jeżeli dziecko przez większą część dnia ma dostęp do jedzenia i po każdej odmowie posiłku otrzymuje kolejną propozycję, przestaje doświadczać jednej z podstawowych rzeczy związanych z jedzeniem: naturalnego poczucia głodu i sytości. Jeśli nie zje obiadu, ale za dziesięć minut dostanie banana, potem chrupki, następnie serek, a później biszkopta, nie nauczy się funkcjonować w ramach posiłku. Z perspektywy tak wychowywanego dziecka odmowa zjedzenia podanego posiłku nie oznacza właściwie niczego – jedzenie nadal będzie dostępne, a kolejna propozycja może być bardziej atrakcyjna. Wie, że może sobie pozwolić na „wybrzydzanie”, bo zaraz do brzuszka wpadnie pięć przekąsek. To zaburza naturalny rytm organizmu i długoterminowo powoduje szerego problemów z odżywianiem. Dzień nie powinien być jednym wielkim festiwalem podjadania. Nie należy jednak wpadać w drugą skrajność. Niektórzy są zdania, że dziecko należy „przegłodzić, aż zje”. To jeden ze szkodliwych skrótów myślowych dotyczących wybiórczości pokarmowej. Celem nie jest doprowadzenie dziecka do takiego poziomu głodu, żeby zjadło cokolwiek. Celem jest przywrócenie przewidywalnej struktury: dorosły decyduje, co, kiedy i gdzie jest podawane, natomiast dziecko decyduje, czy zje i ile zje.

Jeżeli dotychczas córka mogła przez cały dzień coś podjadać, nie próbowałabym nagle wprowadzać wojskowego drylu i oczekiwać, że od jutra będzie jadła trzy pełne posiłki i nic pomiędzy. Zmiana powinna polegać na stopniowym uporządkowaniu rytmu dnia. Posiłki i przekąski powinny pojawiać się o mniej więcej stałych porach, a pomiędzy nimi warto zachować przerwy. Dziecko powinno mieć możliwość zgłodnienia przed kolejnym posiłkiem. W przypadku trzylatka nie chodzi o obsesyjne pilnowanie zegarka co do minuty, ale o stworzenie przewidywalnego rytmu, w którym jedzenie nie jest dostępne bez przerwy. Przykładowo: przed wyjściem do przedszkola przygotowujesz śniadanie (nie za duże, bo wtedy nie zje tego przedszkolnego), po powrocie do domu serwujesz obiad, a tuż przed wieczorną kąpielą – lekką kolację.

Bardzo istotne jest również to, żeby nie próbować „wygrać” z dzieckiem przy stole. Zdania typu: „musisz zjeść chociaż trzy łyżeczki”, „spróbuj dla mamy”, „nie wstaniesz, dopóki nie zjesz”, „jak zjesz obiad, dostaniesz deser” mogą wydawać się niewinne, ale zwiększają napięcie wokół jedzenia i nadają mu niepotrzebny ładunek emocjonalny. Im bardziej posiłek staje się polem negocjacji, tym bardziej dziecko może zacząć traktować jedzenie jako obszar, w którym warto walczyć o kontrolę. Zaczyna się buntować, a tego przecież chcemy uniknąć. Przy wybiórczym jedzeniu szczególnie potrzebujemy spokojnej atmosfery i wielokrotnego kontaktu z jedzeniem bez przymusu. Całkiem skuteczna jest „metoda miseczki”. Podajemy dziecku talerz z posiłkiem oraz pustą miseczkę. Mówimy, że dziecko może odłożyć do miseczki to, czego nie chce zjeść. Już samo to, że dany produkt zostanie wzięty do ręki powoduje kontakt z nim i stopniowe przyzwyczajanie. Dziecko widzi dany składnik, może go dotknąć, powąchać, rozgnieść, przełożyć. Pojawia się ciekawość. Za którymś razem zamiast w miseczce jedzonko wyląduje w małej buzi.

Warto również nie proponować alternatywnych dań po odmowie pierwszego. Wiem, że to się aż ciśnie na usta, ale należy się powstrzymać. Jeśli rodzic przygotował obiad i dziecko go nie chce, nie trzeba natychmiast przygotowywać drugiego, trzeciego i czwartego posiłku. Z drugiej strony – nie ma potrzeby stawiać przed dzieckiem talerza z jedzeniem, którego nie akceptuje, i oczekiwać, że „albo to, albo nic”. Znacznie lepszą strategią jest komponowanie posiłku tak, aby znajdował się w nim przynajmniej jeden produkt, który dziecko zazwyczaj akceptuje. Jeżeli na obiad jest ryż z kurczakiem i warzywami, dziecko może dostać na talerzu ryż, kawałek kurczaka i warzywo. Jeśli zje wyłącznie ryż, to nadal jest to kontakt z całym posiłkiem i działa jak w metodzie miseczki – dziecko się przyzwyczaja. Przy kolejnym posiłku znów pojawia się możliwość wyboru.

Chcę też rozprawić się z przekonaniem, że dziecko trzeba „oduczyć słodkiego smaku”. Nie da się. Smak słodki jest biologicznie atrakcyjny dla człowieka, a dzieci często preferują go szczególnie mocno. Nie oznacza to jednak, że dziecko zostało „uzależnione od cukru” przez owoce, miód czy serek. W opisanej sytuacji znacznie większym problemem może być ciągłe podawanie atrakcyjnych i łatwych do zjedzenia produktów oraz uczenie się przez dziecko, że odmowa posiłku skutkuje pojawieniem się kolejnej, często bardziej preferowanej opcji. To akurat można zmienić bez prowadzenia wojny ze słodkim smakiem. Co więcej, nie warto całkowicie eliminować produktów o słodkim smaku w nadziei, że wtedy dziecko nagle zacznie jeść warzywa. Takie podejście może niepotrzebnie nadawać słodyczom status produktu wyjątkowego i zakazanego. Znacznie korzystniejsze jest budowanie normalnego, różnorodnego środowiska żywieniowego, w którym dziecko regularnie otrzymuje posiłki zawierające produkty z różnych grup, a słodkie produkty nie pełnią funkcji nagrody za zjedzenie obiadu ani nie są automatyczną odpowiedzią na jego odmowę.

Szczególnie ważne jest to, aby nie komentować przy dziecku jego jedzenia w kategoriach „niejadek”, „wybredna”, „ona nic nie je”, „z nią zawsze jest problem”, itd. Trzylatek bardzo szybko uczy się swojej roli. Jeśli wielokrotnie słyszy, że jest niejadkiem, może zacząć postrzegać siebie właśnie w ten sposób. Dla rodzica jest to opis sytuacji, ale dla dziecka może stać się elementem jego tożsamości. Zresztą, mówienie o kimkolwiek, że jest „jakiś” z samego faktu bycia oceną nie jest okej. Zamiast tego lepiej mówić neutralnie: „Widzę, że dzisiaj nie masz ochoty na marchewkę”, „Możesz zdecydować, ile zjesz”, „To jest dzisiaj na obiad”, „Nie musisz tego jeść, możesz zostawić na talerzu”.

W przypadku przedszkola warto porozmawiać z wychowawczynią nie tylko o tym, ile córka zjada, ale przede wszystkim o tym, jak wygląda jej zachowanie podczas posiłków. Czy siedzi przy stole? Czy odmawia wszystkiego już na widok talerza? Czy dotyka jedzenia? Czy pije? Czy obserwuje inne dzieci? Czy je coś wtedy, kiedy nikt jej nie namawia? Czy problem dotyczy wszystkich posiłków, czy np. tylko obiadu? Te informacje są znacznie bardziej wartościowe niż samo stwierdzenie „córka nic nie je”. Warto też poprosić przedszkole o współpracę. Dziecko nie powinno być przymuszane do jedzenia, zawstydzane ani porównywane z innymi dziećmi. Jeżeli córka przez kilka godzin pozostaje w przedszkolu, dobrze, żeby nauczyciele wiedzieli, że rodzina pracuje właśnie nad uporządkowaniem sposobu jedzenia. Potrzebny jest spójny komunikat: posiłek jest dostępny, można z niego skorzystać, ale dziecko nie jest zmuszane do jedzenia. Jeżeli w przedszkolu obowiązują określone zasady dotyczące pozostawiania jedzenia czy czasu spędzanego przy stole, warto omówić je indywidualnie z nauczycielami.

Nie oczekiwałabym, że samo uporządkowanie posiłków rozwiąże problem w ciągu kilku dni. Dziecko potrzebuje czasu, aby przyzwyczaić się do nowego rytmu. W przypadku nowych produktów liczy się wielokrotna, spokojna ekspozycja. Dziecko może potrzebować wielu kontaktów z konkretnym produktem, zanim zacznie go akceptować. Co ważne, „kontakt” nie musi oznaczać zjedzenia. Czasami pierwszym krokiem jest tolerowanie produktu na talerzu, później dotknięcie go, powąchanie, polizanie, wzięcie do ust i dopiero na końcu jego zjedzenie. Presja na szybkie przejście całej tej drogi może paradoksalnie ją wydłużać.

Zwróciłabym też uwagę na określenie „normalne posiłki”. Dla trzylatka normalnym posiłkiem nie musi być talerz zupy, drugie danie i surówka zjedzone w całości. Dzieci mają mniejsze żołądki, różne zapotrzebowanie energetyczne i zmienny apetyt. Jednego dnia mogą zjeść bardzo dużo, a następnego wyraźnie mniej. Zadaniem dorosłego jest stworzenie warunków do prawidłowego odżywiania, a nie kontrolowanie każdej zjedzonej łyżeczki.

Warto jednak odróżnić typową wybiórczość od sytuacji, która wymaga konsultacji. Jeżeli dziecko rzeczywiście przez dłuższy czas je bardzo mało, jego lista akceptowanych produktów jest bardzo krótka, wyklucza całe grupy produktów, ma trudności z gryzieniem lub połykaniem, krztusi się podczas jedzenia, ma bardzo silne reakcje na zapach, temperaturę, konsystencję lub wygląd pokarmów, gwałtownie traci masę ciała albo nie rośnie prawidłowo, nie należy poprzestawać na poradach dotyczących „dobrych nawyków”. W takiej sytuacji warto porozmawiać z pediatrą, a w zależności od problemu również z dietetykiem pediatrycznym, logopedą/neurologopedą zajmującym się karmieniem lub terapeutą karmienia. Szczególnie ważne jest to wtedy, gdy ograniczenia żywieniowe są na tyle duże, że mogą prowadzić do niedoborów.

W opisanej historii nie zaczynałabym więc od pytania: „Jak zmusić córkę, żeby jadła normalne jedzenie?”. Zaczęłabym od innego: „Jak stworzyć takie warunki, żeby córka znowu mogła spokojnie nauczyć się jeść?”. To zasadnicza różnica. Dziecko nie potrzebuje kolejnej osoby, która będzie je przekonywała do jedzenia. Potrzebuje przewidywalności, regularności, odpowiedniego wyboru produktów, spokojnej atmosfery i czasu. Najważniejszą zmianą byłoby prawdopodobnie zakończenie całodziennego podjadania. Dorosły przygotowuje posiłek i decyduje, co się na nim znajdzie. Dziecko decyduje, czy i ile zje. Jeśli nie zje obiadu, nie trzeba robić z tego dramatu. Po prostu nadchodzi kolejny zaplanowany posiłek lub przekąska. Bez kar, bez nagród, bez negocjacji i bez przygotowywania restauracyjnego menu na życzenie.

Zadaniem rodzica czy opiekuna nie jest dopilnowanie, żeby dziecko zjadło wystarczająco dużo przy każdym posiłku. Ich zadaniem jest regularnie (ale nie co chwilę!) oferować dziecku wartościowe jedzenie i pozwolić mu stopniowo nauczyć się korzystać z tej możliwości. Dziecko nie musi zjeść wszystkiego dzisiaj. Nie musi polubić brokułów jutro. Nie musi nagle zacząć jeść obiad w przedszkolu. W żywieniu dzieci bardzo często mniej kontroli oznacza więcej przestrzeni do uczenia się. A w przypadku wybiórczości pokarmowej naszym celem nie jest „wygranie” z dzieckiem tylko sprawienie, żeby stół przestał być miejscem walki.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry